Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Posty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Posty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2016

Reset

  Po dwóch mocnych tabletkach, kubku kawy i lampce wina przestała mnie boleć głowa. Może po dwóch latach bez mężczyzny, naczepie pełnej czekolady i ukończeniu studiów inżynierskich przestanie mnie boleć życie... a zaczną zęby. 

Jak powrócić do tej bardziej radosnej wersji codzienności, kiedy na 30 levelu pojawia się więcej przeszkód, a szans coraz mniej?
Algorytm wzrostu szans wygląda mniej więcej tak: im więcej ich wykorzystasz, tym więcej drzwi otworzysz przed sobą w przyszłości, a im więcej zawalisz na wstępie, tym więcej możliwości zostanie przed Tobą zamkniętych. Schemat blokowy bez pętli. Pętlę sobie możesz założyć na szyję.

Byłaś/byłeś kiedyś w takiej sytuacji, kiedy walczy w Tobie to, czego chcesz, z tym, czego nie możesz? Stałaś/stałeś kiedyś przed drzwiami, które sam sobie zamknąłeś w przeszłości?

Skoro nie mogę mieć tego, czego pragnę, muszę znów zrobić reset w głowie i dostosować się do nowych okoliczności. Elastyczność to cecha, która znaczy więcej niż jakakolwiek wiara, wytrwałość, siła ducha. Elastyczność to zdolność wykorzystania umysłu. To umiejętność przetrwania w świecie. To wykorzystanie zastanych warunków w taki sposób, aby nas nie ograniczały, ale nam służyły do tworzenia nowych możliwości.

Dziś usłyszałam od kogoś, że sama sobie tak wysoko ustawiłam poprzeczkę. Miał rację. Tylko teraz, żeby ruszyć do przodu, muszę przejść pod nią, bo jej nie przeskoczę. Bywa i tak. Nie wszystko w życiu musimy wygrać.
Dzisiaj, gdyby nie Jędza, w ogóle nie wstałabym z łóżka. Gdyby nie ona, nie zjadłabym posiłku, nie umyła zębów i nie miała wyrzutów sumienia za zjedzenie połowy czekolady z suszonymi malinami (Milka Collage, polecam).
Dzisiaj po raz kolejny przekonałam się, jak bardzo umysł góruje nad sercem.


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Wszystko, co powiesz, zostanie użyte przeciwko Tobie

  Zacznijmy od tego, że przez siedem lat byłam w związku, w którym byłam bita i upokarzana. Nie, nie przez cały czas, bo koszmar przyszedł dopiero, kiedy skończyła się bajka. Nie potrafię powiedzieć jak długo trwało piekło, ale potrafię zapewnić Was wszystkich, że da się je ugasić. Kiedy diabeł traci siły, można wykorzystać jego słabość i uwolnić się spod jego wpływu. I wrócić do Życia.

Przetrwałam. Zrobiłam to. Wyszłam na prostą. Zapanowałam nad lękiem, nie żyję karmiąc się wspomnieniami pełnymi strachu. Bagaż tamtych dni przestał ciążyć, zyskałam doświadczenie, czegoś się nauczyłam, wiem już jak rozpoznać zagrożenie i jak reagować. I potrafię zrozumieć kobiety, które są w podobnej sytuacji.

Przeszłość mnie nie boli i nie ma już wpływu na moje życie. Czuję się wyzwolona z tej bezsilności, która mnie więziła i nie pozwalała funkcjonować. Dziś jestem emocjonalnie niezależną kobietą, która nie pozwoliłaby się tak traktować. Dziś mam siłę, której nie miałam wtedy.
I dziś, właśnie dziś odsłoniłam ten kawałek swojej przeszłości przed mężczyzną, który nie zrozumiał. Ja wiem, to bardzo trudne, to dla wielu ludzi niepojęte, jak można tkwić przez lata w tak chorym układzie i z takim niezrozumieniem bardzo często spotykają się kobiety, które nie potrafiły się uratować od razu, po pierwszym ciosie, ale po raz pierwszy zarzucono mi, że tego nie zrobiłam.

Poczułam się tak, jakbym dostała w twarz po raz kolejny. Jakbym znowu miała zostać skrzywdzona tamtą sytuacją, bo ktoś zaczął mi wyrzucać moją bierność, jakbym to ja zrobiła coś złego. Nie mogłam, w tamtym czasie nie dałam rady nic z tym zrobić, bo kiedy 190 cm mięśni mówi ci, że cię znajdzie, gdy próbujesz odejść, a wiesz, że tak się stanie, bo nauczył cię tego powrót ze szkoły z zakrwawionymi od walki dłońmi, jeśli boisz się o to, że zemści się na rodzinie, jeśli widziałaś już ludzi pobitych przez niego, a policja z sytuacją sobie nie radzi, to wiesz, że nie uciekniesz tak łatwo.
Mi udało się przez to przejść. Nadszedł moment, że mogłam wreszcie odejść. Odzyskałam szacunek do siebie, odzyskałam wolność, poczułam cudowną odpowiedzialność za własne życie i kontrolę nad nim. Przestałam być omotana, zagubiona i nieporadna. I teraz ktoś wytyka mi, że na to wszystko pozwoliłam: "Jak mogłaś?"

Wydaje mi się, że nawet tutaj nie powinnam nigdy o tym pisać, że bardzo tracę w oczach ludzi, którzy dowiadują się o tej części mojej przeszłości i że nigdy nie powinnam z nikim rozmawiać o tym, bo nie wolno nam przyznawać się do tego, że sobie z czymś nie poradziliśmy. Nie wolno nam okazywać słabości, bo zawsze zostanie wykorzystana przeciwko nam.

niedziela, 5 czerwca 2016

O pisaniu po ścianach


  Jędza, która przeszła transformację, stając się (mam nadzieję, że nie tylko chwilowo) miłą dziewczyną cieszącą się życiem, opublikowała na swoim fanpage'u zdjęcie przedstawiające napis na ścianie. Ktoś sprayem uwiecznił na bloku słowa "WARTO ŻYĆ!"
Lepsze to niż napis typu: "[nazwa drużyny] ku**y", ale i tak nie pochwalam pisania po elewacji. Przekaz sam w sobie fajny, choć niekoniecznie w formie dewastującej przestrzeń publiczną, bo zadbane otoczenie ma wpływ na jakość naszego życia.
Autor niech sobie w oknie wywiesi transparent "Warto żyć!", jeśli chce się tym ze światem podzielić, albo na samochodzie napisze. Własnym oczywiście. Tego na pewno nie zrobi, uważając, że go zniszczy :D 

Lubię hasła mające pozytywny, motywujący wydźwięk, graffiti uważam za sztukę (graffiti, a nie byle bazgroł), myślę, że trzeba przełamywać monotonię miejskiego krajobrazu w różny sposób, ale szeroko pojęta sztuka ulicy powinna być wkomponowana w otoczenie. Paradoksalnie czasami nawet kontrast jest idealnie do tego otoczenia dostrojony. Wandalizm natomiast nie jest dla mnie sztuką, bo sztuka tworzy, ale niszczeniem czegoś, co jest dobre i pożyteczne, jest własnością prywatną lub dobrem publicznym, a więc czymś, z czego korzystamy wspólnie i za co odpowiedzialni jesteśmy wszyscy.

"Warto żyć!" to dobre hasło i może nawet powinno znaleźć się gdzieś na ścianie... niekoniecznie na tej. I z pewnością ma większą siłę napisane ręcznie niż druknięte na jakimś billboardzie. Tylko że ludzie, którzy naprawdę tak uważają, i dla których nie jest to frazes, emanują tą ideą i zarażają nią innych. I nie muszą w tym celu niszczyć elewacji za kilkaset tysięcy złotych.

Xx o'clock

  Najgorsze, co można stwierdzić przy kawie to to, że dzień rozpoczął się tak samo źle, jak skończył poprzedni. Minął jeden długi weekend, który spędziłam w jakimś dziwnym zawieszeniu pomiędzy tym, co powinnam, tym, co chciałam, a tym czego nie chciałam na pewno (rzeczywistość 3D). Minął drugi długi weekend i czyste kartki kalendarza pokryły strony, na których widniały zapiski "do zrobienia". Ogarnął mnie paraliż. Jak zły urok.

Lubię działać pod presją czasu. Nie ma dla mnie bardziej motywującego słowa niż "termin". Odkładam dużo spraw na ostatnią chwilę i kiedy na horyzoncie pojawia się deadline, czuję przypływ energii. Tylko że tym razem mnie to zawiodło. Ktoś rzucił zaklęcie i wszystko przestało się udawać, pomysły zostały odessane z głowy, palce zesztywniały na klawiaturze, a spiętrzone materiały do przerobienia i nauki przestały spełniać równania równowagi przestrzennego układu sił i osunęły się na ziemię. Razem z nimi jebło wszystko.

Poczułam się nieodpowiedzialna, leniwa i głupia. 

Dawno już przestałam myśleć o tym, że coś mnie przerasta. Postanowiłam do pewnych rzeczy dorosnąć i stać się osobą, która znajduje rozwiązania. To pomagało radzić sobie nawet ze sprawami, które są w niewielkim tylko stopniu zależne ode mnie... albo nawet wcale. Jest tylko jeden mały haczyk. Czas jest całkowicie niezależny od nas.

Prawdziwa zaradność bezwzględnie wymaga umiejętności wykorzystywania czasu. Odkładając ważne sprawy na kiedyś i licząc na to, że się z czymś zdąży, można się tylko spóźnić. Takie działanie prowadzi do powstania zatoru w momencie, w którym nieprzewidziane przeszkody utrudniają nam wykonanie planowanych czynności. I trudno jest ruszyć dalej. W tym momencie przerosło mnie wszytko.





sobota, 30 kwietnia 2016

Maj się zaczyna :)

Długi weekend - poranek I

Gdyby o 9:30 nie obudził mnie telefon, spałabym dalej.
Za oknem siwo, co wcale mi nie przeszkadza, bo raz, że lubię w zasadzie każdą pogodę, a dwa, że jakoś nie zaplanowałam szczególnej aktywności tam na zewnątrz. Majówka-domówka.
Mijają właśnie 2,5 godziny, a ja ani nie nie śpię, ani obudzić się nie mogę.

Jak dobrze, że Nussbeisser ma kostki szerokości całej tabliczki. Pytanie "Po ilu kostkach Ty się uśmiechniesz?" ma teraz jakikolwiek sens.


środa, 28 października 2015

Walka z podjadaniem

  Właśnie odkryłam (czytając notkę Jędzy o tym jaka jest "gruba" i ile Pringlesów wsuwa), że metoda małych kroczków nie sprawdza się przy przekąskach, bo weź tak spróbuj jeść jedną chrupkę mniej... no i ta chrupka zostanie na dnie torebki i będzie kusić.
Człowiek powie sobie: "Nie, nie zjem jej, ograniczam, od dziś jem jedną chrupkę mniej do każdego seansu", a ta chrupka dalej kusi i szkoda wyrzucić, bo to chrupka, a zjeść nie wolno, bo przecież chyba można się powstrzymać przed jednym kęsem na rzecz smuklejszej linii, prawda? Ktoś chce schudnąć nie potrafiąc odmówić sobie tak małej rzeczy?!
Koniec końców przedstawiciel ludzkości przegrywa z... chrupką.
Chrupka pokonała człowieka.

czwartek, 22 października 2015

O motywacji. Z autopsji i nie tylko.

  Poziom motywacji uzależniony jest od tylu zmiennych, że nie powinniśmy opierać na niej żadnych poważniejszych przedsięwzięć. Na przykład takich jak zwleczenie dupska z wyra rankiem dnia następnego... i różnych mniej istotnych życiowych celów.

Gdyby to zależało od motywacji, w niektóre dni nie zwlekłabym się rano, a robię to. I robimy więcej rzeczy, będąc zupełnie niezmotywowanymi. Chodzimy do pracy/szkoły w okresach, gdy jesteśmy zmotywowani i gdy nie jesteśmy, wywiązujemy się ze zobowiązań itp. itd.
Tak naprawdę WIĘCEJ robimy i osiągamy, kiedy nasze działania są niezależne od motywacji, bo motywacja to taka wypadkowa stanu psychicznego, fizycznego, deszczu kurwa za oknem, tego, że ktoś powiedział coś, że coś sobie pomyśleliśmy, podjęliśmy decyzję etc. Łatwo zauważyć, że pozytywne bodźce motywację wzmacniają, negatywne odbierają. Jak chorągiewka na wietrze. Wysoka amplituda. Zbyt wysoka.
I fajnie, jeśli są ludzie stale zmotywowani lub tacy, którzy potrafią swoją motywację utrzymywać na umiarkowanym poziomie, ale ja, jako osoba w znacznym stopniu emocjonalnie zintegrowana z najbliższym otoczeniem, nie należę do nich. Kiedy jestem smutna, zła, chora, kiedy coś nie wyszło i ktoś coś burczy, moja motywacja ulega rozkładowi wydzielając miazmaty porażki, rozczarowania, a powietrze nimi przesiąknięte nie pozwala wziąć głębokiego oddechu.
Dlatego jeśli coś ma być zrobione, lepsza okazuje się wewnętrzna dyscyplina, poczucie obowiązku, a jeszcze lepszą metodą jest wyrobienie sobie stopniowo pewnych nawyków.

Do czego zmierzam? Motywacja jest potrzebna, jest dobra, z nią jest łatwiej i przyjemniej, ale nie uzależniajmy od niej podejmowania działań, na których najbardziej nam zależy i które podjąć powinniśmy dla podniesienia poziomu naszego życia, bo możemy tak zaczynać i przestawać, robić coś i rzucać to.
Nasz mózg jest bardzo ekonomiczny, skłonny robić wszystko najmniejszym kosztem, dlatego większą moc mają schematy, niż działania mające je zmienić, które wymagają większego wysiłku. Uczymy się i zmieniamy przez powtarzanie czegoś i przez powtarzające się w naszym życiu elementy (warunki, zachowania, czynności, sytuacje).
Tak więc warto robić coś małego, kiedy nie mamy motywacji do czegoś dużego i warto to powtarzać, bo koniec końców okaże się, że dajemy sobie radę nawet bez niej.

Btw. kocham deszcz.

sobota, 21 marca 2015

Antyporadnik

Kilka...set słów na temat tego: "Jak osiągnąć szczyt niedoskonałości w pracy nad sobą?".
Tekst dla odkładających działanie na kiedyś, porzucających cel w trakcie realizacji, obawiających się analizy, usiłujących pokonać przeciwności nieskutecznymi metodami, dla szukających wymówek.

1. Nie uznawaj półefektów, ćwierćrezultatów i realizowania części dziesiętnych swojego planu. Wszystko albo nic! Metoda małych kroków jest dla chodziarzy, dla ludzi konsekwentnych, o dużym poziomie samozaparcia, wytrwałych, a Ty przecież wiesz, że po 2-3 krokach poczujesz zmęczenie (o ile po pierwszym wykonasz drugi). Ach, ten słomiany zapał...
Musisz więc osiągnąć cel szybciej, najlepiej jednym posunięciem. Pstryk i jeeeest! To jak skok z mostu w rwący nurt, wykonujesz pierwszy ruch, reszta robi się sama, maszyna została uruchomiona.
Zapomnij o tym, że buduje się z wielu elementów i przez jakiś czas, a niszczy jednym kopnięciem. Staraj się nie myśleć o przykładach, takich jak ten, że jedno słowo może zniszczyć relację, którą zbudowało wiele słów, wiele gestów, wiele sytuacji, wiele dni i weź nie myśl o tym, że na jedną dietę odchudzającą składa się wiele posiłków, a jedno ciastko może zaważyć o porzuceniu jej.
Nadal chcesz zrobić jeden duży krok zamiast wielu małych? Nadal myślisz, że wystarczy zacząć, a stopniowe osiąganie celu to nie jest metoda dla Ciebie?

2. Zacznij od jutra. Cokolwiek chcesz osiągnąć, zaplanuj sobie to od jutra, bo przecież DZIŚ już się zaczęło, a zaczęło się nie tak jak powinno, więc dzień jest spalony, tę datę trzeba pominąć, ale jutrzejsza jest obiecująca, nieskażona póki co niczym nieudanym, więc jutro można zaczynać. Aha... życie też Ci się spitoliło, więc może cały plan zacznij od kolejnego, wiesz... czysta karta.
Niektórzy mówią: "Dziś jest dzień, w którym możesz coś zmienić." - nie słuchaj ich. I nie próbuj oszukiwać, że skoro nie potrafisz zacząć od teraz, a musisz planować, to zrobisz to sposobem "START - godzina 18:00". Nie! Nie! Nie! Zacznij od jutra.


3. Na pewno uda Ci się zrobić coś, mimo że nie wiesz o tym niczego lub wiesz niewiele, albo wydaje Ci się, że wiesz już wszystko, choć nie wiesz jeszcze nawet połowy. Po co masz szukać źródeł problemów i zastanawiać się nad nimi? Przecież chcesz się z nimi wreszcie rozstać, mieć je za sobą, a nie je rozkminiać. Wiedzę teoretyczną i praktyczne działanie można rozdzielić: po co myślenie ma poprzedzać robienie, prawda? To tylko niepotrzebna strata czasu.
Jak ma się nie udać to i tak się nie uda, nieraz tak było, rozmyślanie niczego tu nie zmieni.


Możesz sobie naprawdę darować zastanawianie się nad tym, dlaczego masz problem, z czym dokładnie i co z tym zrobić. Jeśli nie wyjdzie, to może zbierzesz się w sobie i kiedyś spróbujesz ponownie. Tymi samymi metodami oczywiście, przecież to ten sam problem, a na jeden problem przypada jedno rozwiązanie, a co za tym idzie - jedna droga do jego osiągnięcia i tu nie ma nad czym myśleć. Nieważne dlaczego się nie udało, istotne dla Ciebie jest przecież tylko to, że znowu dupa. I tak każdy Ci powie, że "za dużo myślisz, za mało robisz" - niech to rozgrzeszy Cię z Twojej ignorancji.

4. W pokoju jest za mało miejsca - nie możesz ryzykować, że podczas gimnastyki stłuczesz łeb i coś Ci się nastawi. Nie ćwiczysz.
Nie masz odpowiednich kwalifikacji - nie uczysz się języka, bo słownik leży w bardzo nieokreślonym "gdzieś"; nie zapiszesz się na kurs, przecież to kosztuje; nie ogarniesz podręcznika, bo do biblioteki/znajomego nie po drodze; nie ściągniesz programu, żeby się z nim zapoznać, bo te lepsze są bezpłatne tylko przez 30 dni. Nie podnosisz poziomu swojej wiedzy i umiejętności.
Nie powiesz nikomu, co zamierzasz - nie wolno zapeszać, a publiczne zobowiązania ograniczają możliwość korzystania z wymówek. Poza tym, jeśli Ci nie wyjdzie, to wszyscy zobaczą Twoją porażkę, a to będzie straszne! Taki wstyd...


Nie mów im, że jesteś na diecie, bo Ci dobrzy przestaną przynosić Ci łakocie, a Ci źli zrobią wszystko, żeby Cię złamać, podsuwając pod nos chipsy: "Z czego ty się chcesz odchudzać?! (Nie próbuj być szczuplejsza ode mnie, bo włożę ci zaraz do ust całą paczkę)". Nie możesz nikomu powiedzieć, że jesteś zajęta/zajęty w co drugi wieczór (nauką, treningiem, realizowaniem swojego hobby), bo przestaną Cię zaskakiwać niezapowiedzianymi wizytami i na kogo wtedy zwalisz winę za to, że nie zostało zrobione to, co powinno być zrobione? Wymówka "fejs się sam nie przejrzy" niewystarczająco zapobiega poczuciu winy.
Oczywiście nie masz czasu i nie ma to nic wspólnego z brakiem organizacji, a jeśli rzeczywiście przytłacza cię natłok obowiązków domowych lub zawodowych, to na pewno nie cieszy Cię 15 minut jogi dziennie ani wysłuchanie audiobooka, radiowa audycja, program edukacyjny, jeden rozdział książki czytany przez 5 dni, trening raz w tygodniu itd., bo według Ciebie działa tylko to, czego jest tak dużo, że aż za dużo.
Nie robisz nic.
Jedne ograniczenia są do pokonania, inne nie, ale to nadal to samo słowo, zgadza się? Przerażające, mające moc sprawczą słowo.
Zawsze inni mają więcej czasu, pieniędzy, możliwości, żeby zrobić to, co powinieneś zrobić TY.
W ogóle nie staraj się myśleć o tym, że "jedyną miarą sukcesu jest wysiłek, jaki włożyliśmy, aby go osiągnąć" i jeśli dla Ciebie coś jest trudniejsze niż dla innych ze względu na okoliczności, to tym większy jest Twój osobisty sukces.
I w ogóle kto wymyślił to hasło?

Ten, kto nie chce, znajdzie powód.
Ten, kto chce, znajdzie sposób.

wtorek, 10 marca 2015

Teoria niczego

Stephen Hawking – wybitny astrofizyk i kosmolog ur. w 1942 roku w Oksfordzie, prof. matematyki i fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Cambridge, genialny umysł kształcący się na obu znanych uczelniach, twórca teorii o promieniowaniu emitowanym przez czarne dziury. Główne jego osiągnięcia naukowe wiążą się z czasoprzestrzenią oraz grawitacją kwantową.
Wszyscy wiemy, że zadaniem naukowca jest przekraczać granice dotychczasowego poznania i możliwości, a on przekroczył je w stopniu, który nazwać moglibyśmy... cudem.
Zmaga się z nieuleczalną na dzień dzisiejszy chorobą – stwardnieniem zanikowym bocznym. ALS trwale uszkadza neurony w mózgu i rdzeniu kręgowym, które kontrolują pracę mięśni odpowiedzialnych za ruch, przełykanie, oddychanie, nie wpływa jednak na zdolności umysłowe. Choroba, w wyniku paraliżu mięśni oddechowych, zwykle prowadzi do śmierci w ciągu 3-5 lat. Hawking choruje od ponad pięćdziesięciu!
Jest do tego stopnia unieruchomiony, że porozumiewa się przy pomocy syntezatora mowy, który w chwili obecnej obsługuje zatrzymując delikatnym ruchem policzka kursor na wybranym słowie lub literze, spośród pojawiających się na monitorze. Mimo tempa osiągającego od jednego do kilkunastu słów na minutę, potrafi pisać książki.
Tak, możemy już zacząć się wstydzić za te wszystkie wymówki i wysłać w kosmos listę swoich ograniczeń. Hawking ma niesamowite poczucie humoru i lubi trufle czekoladowe. Kazałby tę listę anihilować.


30 stycznia 2015 roku miała miejsce polska premiera filmu biograficznego (świat zobaczył ją 4 miesiące wcześniej, ech... ), kolejnego filmu o życiu Hawkinga - „Teoria wszystkiego". Fabuła skupia się wokół jego pierwszego małżeństwa i wyzwala bardzo dużo emocji. Kiedy jednak myślę o jego życiu i pracy, wstrząsa mną analogia pomiędzy prawami fizyki, a zasadami rządzącymi naszym życiem.

Czarna dziura to obszar czasoprzestrzeni o tak silnym polu grawitacyjnym, że pochłania wszystko, łącznie ze światłem, stąd jej nazwa. Gwiazda generuje promieniowanie elektromagnetyczne, a kiedy jej paliwo jądrowe zostaje wyczerpane, siły grawitacji zaczynają mieć przewagę nad innymi, gwiazda się zapada i jeśli ma wystarczająco dużą masę (im większa masa, tym większa grawitacja), powstaje czarna dziura.

Kiedy skończą się w nas pokłady nadziei i wyczerpie optymizm, zapadamy się w sobie, a jeśli przytłacza nas masa smutku i problemów, powstaje… czarna dupa. Może być też czarna rozpacz, jak kto woli. I tak jak w czarnej dziurze cząsteczki światła nie są w stanie się wydostać, tak w czarnej przestrzeni naszego umysłu zanikają cząsteczki radości. Zasysamy energię z otoczenia, która zamiast być wykorzystana, ginie w depresyjnej otchłani. Nasze oddziaływanie grawitacyjne przyciąga coraz więcej chujowych zdarzeń i myśli. 
Jest to teoria niczego, mówiąca wprost, że jeśli nie przeciwstawimy się temu procesowi, nie będziemy działać, nie zaczniemy czegoś robić - nic się w naszym życiu nie zmieni.

W latach 70. Hawking wysunął hipotezę, że tzw. czarne dziury promieniują i tracą masę, a jeśli nie kompensują jej tym, co wchłoną - wyparowują. Możliwe jest, że jednak uwalniają pewne informacje, które w nich bez wieści przepadły, tyle że mocno zniekształcone. Wielkie mózgi nieustannie nad tym pracują.
Wydaje się, że Hawking swoim życiem już udowodnił, że czarna du... "dziura" jest tworem, z którego można się wydostać, o ile działają w człowieku siły pozwalające zachować jako taką równowagę. Grawitacja niech pozwala nam mocno stąpać po ziemi, ale człowiek musi mieć coś, co elektryzuje, wolę życia będącą tym magnetyzmem, który każe nam podnieść się i wydostać z dołka. Kiedy widzę jego uśmiech, nabieram przekonania, że czarna dziura wyparowałaby, zanim zdążyłby znaleźć się w polu jej oddziaływania.
Wsssssuuup!

środa, 25 lutego 2015

Potęga zniesmaczenia

A cóż to takiego? Nie, nie zjadłam całej miseczki smalcu. To jest galaretka o smaku pinacolady. Musiałam to zabrać z kuchni, żeby rano tato nie pomylił z przetopionym sadłem z prześladującej mnie świni.


Świnie są wszędzie. La Maciorry osaczają mnie i co rano sprawdzam, czy z moich ust wydobywa się jeszcze coś bardzo odległego od kwiknięcia, bo kiedy patrzę na nos i dupę, to nie mam żadnych wątpliwości (nie patrz teraz na moje profilowe, mam na nim lekko pochyloną twarz lub aparat ulokowany jest nieco ponad poziomem nosa, tak jak na większości zdjęć). Wracając do prosiaków...
Taka na przykład świnka skarbonka spogląda na mnie żałośnie z półki, bo puste korytko ma:
- Daj złotówkę! (Czy widzisz jej smutne oczy?)


Albo kiedyś... przynoszę kawę do pokoju, siadam przed komputerem, Paweł pisze: 
- Nie pij tego świństwa.
Zerkam na kubek i autentycznie w tym momencie widzę... no sami zobaczcie co widzę:


El Knurro gapi się na mnie nawet z kawy.
Jedząc galaretkę miałam w ustach smak łoju, do tego stopnia sugestywny był jej wygląd. Teraz jest mi niedobrze... ble, smalec, zniesmaczenie. To nie jest kulinarny blog, a ja gotować nie umiem, kombinowałam jedynie z kuchnią wegetariańską (kotlety zrobię Ci ze wszystkiego, a zupę z niczego, ale to tyle), mimo wszystko odradzam ową galaretę, jeśli ujrzysz ją w sklepie i zapragniesz, i pochwalę się, że raz jeden jedyny coś mi z wyszło z wieprzowiny:


Tylko że tak jakby... mięso zrobiła mama, ja je tylko odgrzewałam dnia następnego, dodając szpinak, rodzynki, por, pomidory :D Cwanie ;)
Pozdrawiam najedzonych!

poniedziałek, 23 lutego 2015

Painmade

  Cierpienie to siła, która tyle w nas niszczy i tak wiele poprzez nas stwarza. Jakby była czymś na kształt procesu technologicznego, wdrożonego dla optymalnego wykorzystania ogromnych pokładów złej energii, która się w nas wtedy kumuluje. Wena upodobała sobie ból duszy.

Czasami życie potrafi uderzyć z całą swą przerazistością...

Wystarczy się zatrzymać, przystanąć na zbyt długo i ten nadbagaż przeszłości, coś, o czym człowiek myślał, że jest za nim, atakuje obezwładniając, zalewając falą bezsilności, bezradności, frustracji i goryczy, odcinając od motywacji, wiary, wszystkiego tego, co pozwala iść naprzód, by żyć.

Są momenty, kiedy mam ochotę wydrzeć sobie serce i porozrywać je palcami. Przez całe dotychczasowe życie nie wiedziałam czego chcę, a teraz stoję przed nieosiągalnym, bo po latach **** degradacji ciała i umysłu, po trzydziestu latach pieprzonej nędzy i najbardziej gównianego z żyć, jakie może wieść człowiek, dotarłam do tego, czego chcę naprawdę, tylko że teraz już nie mogę tego mieć! Nie mogę przez ten balast, którego w porę nie zrzuciłam, przez to jak pokierowałam swoim życiem w ostatnich latach. Pokierowałam? Straciłam nad nim kontrolę, nas sobą, nad wszystkim. 
Wiedzieć czego się chce, chcieć tego co daje szczęście, rozwijać się... tędy wiedzie droga żywych.

Jeden z moich ulubionych bohaterów literackich powiedział: "Pamiętaj, przeszłość nie musi być naszym udziałem w przyszłości." (Raoden, "Elantris" Brandon Sanderson) 
Jeśli mam cierpieć, to wolę to od nijakości i przekuję to cierpienie w siłę. Jeśli mam się borykać z konsekwencjami swoich i cudzych błędów i zaniedbań, to nie pozwolę, żeby zeżarło mnie to do cna. I nawet jeśli to, co się stało, ciąży nade mną z przeraźliwą konsekwencją, to wiem, że chcieć w życiu tylko tego, czego już się chce, to za mało. Trzeba na nowo rozbudzić apetyt, niech rośnie, trzeba czasem gryźć się z życiem i nie pozwolić, żeby przeszłość sączyła swój jad w nasz umysł i stanąć na nogi mimo problemów, trudności, choroby, mimo całego wokół bałaganu. 

"Jednak coś w głębi duszy popychało go przed siebie. Wiedział, że musi iść dalej, że jeśli się zatrzyma, po prostu się podda. Shaod (przemiana) objęła jego ciało. Nie mógł pozwolić, aby ogarnęła również jego umysł.
I tak, z własną dumą jako jedyną tarczą przed rozpaczą, beznadzieją i - co najważniejsze - rozczulaniem się nad sobą, Raoden uniósł głowę, by spojrzeć w twarz potępieniu."

piątek, 20 lutego 2015

Dialogi z Kotem

- Nie! Nie będziesz teraz czytać, bo będziesz mnie miziać. - po czym następuje przedreptanie z drugiego końca łóżka wprost na moje kolana, włączenie trybu "MryRrRrRr...", ugniatanie kołdry i rozlokowanie swej puchatości na całej powierzchni moich ud, żeby maksymalnie utrudnić dostęp do trzymanych w ręku kartek.
- Aha.

- Chodź, pooglądamy film. Mam "Hobbita".
- Wiesz co? - obrzuca mnie wymownym spojrzeniem, ostatnim tego wieczoru, bo od tej chwili widzę już tylko jego dostojny zad.

Chwila kontemplacji w pościeli po przebudzeniu. Czuję, że coś po mnie idzie. Chwilę później przytula się do ramienia.
- Wiem, że wolałabyś jego. Jego nie ma, ale przecież jestem ja. - zdaje się mówić.
- Och, nie przesadzaj. Rano wolę Ciebie. Przynajmniej dopóki nie zmyję snu z powiek i nie przepłuczę buzi... Ty też byś mógł.
--------------
Ciemna noc, rozczulanie się, zalewanie łzami, roztęsknienie wielkie, czyli opłakiwanie mężczyzny. Z twarzą w kocim futrze składam zażalenia do wszystkich bóstw świata, aż do momentu, w którym uzmysławiam sobie, że muszę przestać, zanim zamoczę (i zasmarkam) całego kota.
- Ja cierpię! A Ty nawet nie reagujesz. Totalna ignorancja z Twojej strony...
- Głupia. Ja Ci po prostu pokazuję, że facet to nie jest coś, czym warto się aż tak przejmować.
- Ale on czyta książki i kocha koty...
- A to co innego. Płacz!

czwartek, 12 lutego 2015

Purcle i ruchanki

Uuu... blee... nie mogę przetoczyć się z miejsca na miejsce. Zostanę przed komputerem do końca prądu. Czy muszę się przyznawać ILE? Osiem.

W Polsce obchodzi się tłusty czwartek, w USA, Anglii, Szwecji, Australii, Niemczech itd. - tłusty wtorek. Ja będę mieć całe życie tłuste, bo to, co dzisiaj zjadłam, zostanie ze mną przez dwa tysiące kolejnych wtorków i czwartków.
Ups... 
Podobno starożytni Rzymianie obchodzili tłusty dzień dla uczczenia przejścia zimy w wiosnę. Obżerali się mięsem i pączkami z ciasta chlebowego, nadziewanymi... słoniną! Taki rarytas znany był w dawnej PL jako purcle. Natomiast "ruchanki czy ruchacze to wypieki, których ciasto wcześniej dobrze się "wyruchało" (bez związku z szarlotką z "American Pie") czyli po prostu przerobiło, spulchniło." - opis bez przypisu pochodzi z książki "Dawnych obyczajów rok cały" R. Landowskiego, przypis zaś jest mój.
Anglicy i Amerykanie w Mardi Gras jedzą naleśniki, w Szwecji, Finlandii, Niemczech są semle (takie ciacho z kremem), Islandia też ma takie ptysiowate (tylko) z wyglądu... oj już nie mogę nawet o tym pisać.

Bo to jest tak... patrzysz na te pączki i one pachną, one wyglądają i one nie mogą zostać na później, na jutro, na kiedykolwiek. Trzeba je zjeść w ciągu kilku godzin, ponieważ zostały zobaczone, ich widok zapamiętany, a do świadomości dociera ich bliska obecność.

niedziela, 8 lutego 2015

Encyklika "Ad deliberandum"

  Idzie siewca, rzuca ziarno… na drogę, na kamienie, między ciernie i na ziemię urodzajną… znamy? Znamy. Przychodzi F. i mówi: „Bez boga nie będziesz szczęśliwa. Nigdy.” To znacie? 
Nie? To opowiem. 
O ludziach usiłujących narzucić innym swoje przekonania, o tych, którzy zapominają, że Jezus, przynajmniej w biblijnych źródłach, przemawiał do tych, którzy chcieli słuchać.

Aspekt religijny determinuje życie wielu osób i ok, sama przeżyłam swego czasu uniesienie, przez pryzmat którego patrzyłam na wszystko, co dzieje się w życiu i nie ma siły, żeby człowiek tym nie emanował. Jeśli wierzysz, chcesz się tym dzielić, żyć w zgodzie z tym, opowiedzieć innym jaki jesteś szczęśliwy i co odmieniło Twoje życie, ufając, że inni mogą przeżyć coś podobnego. Nie zastanawiamy się, czy chcą. Mamy potrzebę mówienia o sobie, tym co dla nas ważne, wyrażania własnych przekonań i robimy to. 

Dziś mogę oficjalnie powiedzieć – nie wierzę. Byłam katoliczką, protestantką z wyboru, potem osobą, którą określiłabym jako wierząca-niezrzeszona. Rozumiem, że dla ludzi jest to ważne, ale nie popieram praktyk usiłujących nachalnie lub podstępnie krzewić cudzą religię w ogrodzie moich przekonań, zwłaszcza jeśli jej dogmaty stoją w zdecydowanej sprzeczności z przyjętą przeze mnie doktryną. Takie zachowania wzbudzają uzasadnioną niechęć, interpretowaną przez owych siewców (bez względu na to czy jest to jezusowy posłannik, świadek Jehowy, czy moher-inkwizytor) jako oczekiwane ataki Szatana na ich apostolską misję. 

Znajoma postawiła sobie za cel uszczęśliwienie mnie przez nawrócenie (och, mąż mojej siostry powiedział wprost, że nie będę bez boga szczęśliwa). Przez wzgląd na sympatię i to, jak cenię rozmowy z nią na świeckie tematy, wytrzymałam zasypywanie mojej skrzynki SMS treściami religijnymi, co miało miejsce nawet gdy oznajmiłam, że nasze poglądy diametralnie się różnią i nie chcę, by doszło na tym polu do konfliktu. Znając jej wrażliwość, nie chciałam ranić mówiąc wprost, że jej praktyki są dla mnie bałwochwalcze, ona powstrzymywała się przed zarzucaniem mi herezji. Wyjaśniłam, że jeśli coś jest dla niej na tyle istotne, że chce się ze mną tym podzielić, powiedzmy jakieś szczególne przeżycie duchowe, to wysłucham, ale zauważyłam, że wpadła na pomysł wykorzystywania tego, by przemycić zachętę do… przyjścia, przeczytania, posłuchania… grrrr…
Czy jeśli zostanę pseudosatanistką i zaproszę ją do rwania skóry z kota to przyjdzie? Czy będzie chciała słuchać o tym jak się kłaniam na południowy wschód 5x na dobę i co wtedy przeżywam? Teraz zdwoiła wysiłki, pierdoli już tylko o wierze. Jeśli zabronię jej poruszania kwestii religijnych powie, że ona tym żyje, że wiara przejawia się w każdej dziedzinie jej życia, że nie mogłaby być sobą ukrywając to.
Mam dwie piersi i cipkę. Czy jeśli ich jej nie pokazuję to znaczy, że nie mogę być przy niej w pełni sobą, bo jakaś część mnie pozostaje ukryta? Nie. Bez względu na to ile odsłaniam, to co noszę w sobie (zawsze i przy każdym, choć nie każdy widzi) stanowi część MNIE i nie istnieje konieczność obnażania tego. Ona też nie musi mi mówić o tym jak święty Antoni pomógł jej znaleźć ładowarkę do telefonu. Czy będzie mniej sobą, jeśli się powstrzyma? Czy moje cycki przestaną być częścią mnie jeśli dokonam podziału: ty je widzisz (partner/partnerka), a tobie nie pokażę (kolega/koleżanka)? Nie ubędzie jej wiary, jeśli porozmawiamy o płynie micelarnym zamiast o wodzie z Medjugorie. Wrrr...

poniedziałek, 2 lutego 2015

Kakaowi rycerze

Opowiem Wam bajkę. 
Była sobie brzydka księżniczka zakochana w czarnym rycerzu, który był złym człowiekiem i codziennie polerował lancę, by strącać swoje rywalki z koni. Taaak… rywalki, bowiem zły czarnuch nigdy nie stawał przeciwko mężczyźnie (chyba że zachodząc ich… ekhem… od tyłu lub poniżej pasa). Brzydula sama nie była do końca dobra, bo wiadomo przecież, że to dobro i piękno stanowią parę, tak przynajmniej twierdzi świat, wybaczając złe uczynki pięknym i osądzając za nie brzydkich. Jednak perfidny rycerz grzebał w jej sercu, aż rozmontował je na części i znalazł tę jedną dobrą, czystą, nieskalaną, bo chyba nawet nigdy nie użytą. Ukradł ją. 
Wracając do głupoty rycerza… wyzywał na pojedynek damy, a gdy nie chciały podejmować z nim walki, zarzucał im tchórzostwo, prowokując do zmierzenia się z jego sterczącą lancą. Księżniczka, wtedy jeszcze przekonana o jego szlachetności, po wielu namowach zgodziła się na uczciwy pojedynek. Niestety rycerzyka poniósł pyrgający koń, którego przyjaźnie nastawiona księżniczka karmiła kostkami cukru, gdy rycerzyk wprowadzał go do jej stajni. Była przekonana, że nie zrobi jej krzywdy, dopóki nie pierdolnął jej z kopytka i nie odgalopował w siną dal. Rozżalona księżniczka zamknęła się w sezamie z czekoladowymi ścianami i wgryzała się w nie z rozpaczy, aż urosła jej dupa i przestała mieścić się na tronie, więc musiała przestać być księżniczką. 
Płakała i płakała, aż z jej łez powstał potok, który ją okrążył i odgrodził od ludzi fosą smutku. 
Koniec bajki.

… a tam, gdzie kończy się bajka, zaczyna się życie. W tym życiu są mężczyźni, naprzeciwko których nie chcemy stawać, ale wtedy oni stają naprzeciwko nas. Spragnieni pochlebstw przyprowadzają swoje chore ego, żebyśmy karmiły ich uznaniem i podziwem, którym szczerze ich darzymy. Krok po kroku wzbudzają zaufanie, a potem okazuje się, że myślą fiutem, który staje się bronią wymierzoną w kobietę. Z racji tego, że niczego więcej nie potrafią ponad strącanie innych z poziomu godności na dno upokorzenia, uciekają gnani swoimi popędami, nad którymi nie potrafią zapanować. 
Wiem, że moja bajka jest zbyt symboliczna, by mógł ją w pełni zrozumieć ktoś poza mną i… 
ale mam nadzieję, że podsumowanie jasno sformułowałam.

wtorek, 27 stycznia 2015

Chim kim oanh

- Pamiętaj o wczorajszym zrywie. – napisała na fb Jędzowata.
- …
- Mamy świat do podbicia, pamiętasz?
- Dobra Jędzo.


Ja, na dzień dzisiejszy 30-letnia emocjonalistka zapadła w życiowy letarg, poddana problemom, biernota taka. Nie ma już żywiołu, który mną targał, nie ma chciwego pragnienia życia, znów jestem pod wozem. Cała ta tridekada składa się z etapów: żądna przygód, łaknąca wrażeń, obecności, towarzyska, aktywna, a potem dzieje się coś… i nadchodzi etap izolacji, uginania się pod ciężarem codziennego życia, z którym nie mam sił się mierzyć wystraszona, zaszczuta obawami i najniższym z możliwych poczuciem własnej nicniewartości. I przychodzi taka Jędza, sama w dołku, krzyczy „Fuck Yeah!” i jak za jej entuzjazmem nie podążyć?
To jest właśnie moc.

wtorek, 11 listopada 2014

Leśne runo pełne marzycieli

  Marzenie jest jak wychodzenie na wysokie drzewo. Taką sosnę na przykład. Najpierw stoisz na ziemi i patrzysz w górę. Wydaje się daleko, ale wygląda tak pięknie i wiesz, że chcesz. Już na początku pojawia się problem – nie ma żadnego oparcia, nie ma jak zacząć, prosty pień, ale jakoś w końcu udaje się przełamać pierwsze zniechęcenie i znaleźć sposób. Chwytasz mocno obiema rękami, masz w sobie jeszcze tę pazerność na zdobywanie, podskakujesz i oplatasz się wokół, podciągasz, ruszasz w górę mimo lepkiej żywicy i szorstkiej kory. Korniki ryją pod Tobą, ale Ty widzisz czubek drzewa. Czasem spojrzysz w dół, choć nie wolno i wtedy się boisz.
Tak gdzieś w połowie drzewa słyszysz już jak drwal ostrzy siekierę, ale liczysz na to, że zdążysz, że w głębi duszy ludzie tacy nie są, żeby Cię podcinać, że to Twoje drzewo, wybrane spośród tysięcy innych, albo że to nie może się w ten sposób skończyć lub w inne tego typu naiwne bzdury.
Kiedy zbliżasz się do korony, zrywa się wiatr. Targa gałęziami, jakby chciał Cię strącić, ale Ty trzymasz mocno, choć nie masz już siły. Wreszcie, po przezwyciężeniu wszystkich trudności, docierasz na sam szczyt… i wtedy pojawia się piorun.

Leżąc obok zgliszczy czujesz się wypalona jak ten pień. Upadek był bolesny, może nawet masz złamaną nogę czy rękę. Patrzysz na to, co zostało z Twojego marzenia i zastanawiasz się, czy zacząć wspinaczkę na kolejne drzewo, czy może zostać tutaj, bo to bezpieczne – piorun przecież nie trafia dwa razy w to samo miejsce.

sobota, 20 września 2014

Niedopowiedzenia

   Coś o Tobie myślę, coś mi się wydaje, coś sobie jednostronnie wnioskuję, ale tego nie zweryfikuję, coś przypuszczam, lecz nie zapytam o to, bo… bo co? Bo jeśli zdradzę, co chcę o Tobie wiedzieć, to Ty dowiesz się jaki mam naprawdę do Ciebie stosunek? Jeśli zapytam o pewne rzeczy, to naprowadzi Cię to na ślad, który staram się zamaskować, ujawni, że być może zależy mi i się ośmieszę?

A jeśli coś podejrzewam i czegoś się boję, to zamiast doprowadzić do konfrontacji szukam potwierdzeń, interpretując Twoje zachowania pod kątem własnych obaw. Bardziej ufam temu, co potwierdza moje obawy niż temu, co może je rozwiać i wciąż nie weryfikuję swoich wyobrażeń z tym, co może mogę od Ciebie usłyszeć. Nadal nie pytam, przecież to, co możesz mi powiedzieć, nie musi być prawdą. Wolę obserwować…

Tak się „poznaje” drugiego człowieka przez pryzmat własnego strachu i tworzy zbitek niedomówień, nieporozumień, a z nich powstaje nie obraz prawdziwej osoby, a głównie zlepek naszych pragnień i lęków.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Lot motyli

   Zastanawia mnie proces przelotu motyli z brzucha do serca...
Zakochujemy się, cała ta fascynacja, niemożność skupienia na czym innym itd., to wszystko w zdrowym związku po jakimś czasie stabilizuje się, pojawiają się inne, bardziej głębokie emocje, zakochanie przechodzi na wyższy poziom, staje się miłością.
Pewnie wiąże się ze wzrostem zaufania, więc i poczuciem bezpieczeństwa, a niepewność to emocje; z poznawaniem się zaspokajającym naszą ciekawość, która przestaje być tak głodna, mimo że nie traci się sobą zainteresowania; przywiązaniem i przyzwyczajeniem - zadomowieniem się w czyjejś codzienności, co oznacza, że zaczynamy robić razem rzeczy zwykłe, a nie tylko te dostarczające wrażeń lub też przestajemy je razem robić, bo wiemy już kto w czym jest lepszy, taki podział obowiązków dla usprawnienia wspólnego życia.
Kiedy motyle zaczynają swój lot?

poniedziałek, 19 maja 2014

Otwierać tylko na hasło

   Trzeba wiedzieć ile czego komu powiedzieć. Zabawnie brzmi, ale...
otwartość to cecha, która do niedawna charakteryzowała się w moim odczuciu nieograniczonością. Wydawało mi się, że otwartość to m.in. możliwość swobodnego opowiadania o sobie bez szczególnego stopniowania rzeczy na mniej i bardziej osobiste, tylko takie nieskrępowane pokazywanie siebie takim, jakim się jest i mówienie o swoich odczuciach, doświadczeniach, pragnieniach wszystkim tym, którzy chcą słuchać, którzy jakieś tam zaufanie wzbudzają lub może... może po prostu jeszcze go nie zawiedli, odrzucanie skorupy już w początkowych fazach znajomości, bo przecież są rzeczy, których nie mam potrzeby ukrywać. Wiem, otwartość to o wiele więcej, ale chciałabym przez moment skupić się na tym jej aspekcie, który każe mi być otwartą w mówieniu o sobie.
Okazuje się jednak, że cecha ta powinna mieć granice...
przede wszystkim ograniczone grono odbiorców informacji, które jednak powinny być postopniowane na skali prywatności, intymności. Nie mówi się o uczuciach i myślach każdemu, bo to dziedziny zarezerwowane dla tych, z którymi połączyła nas więź i to nie taka, która jeszcze nie została wystawiona na próby. Można ufać i fascynować się drugą osobą, wierzyć, że znalazło się bratnią duszę, a potem ta dusza ułoży z tych wszystkich osobistych informacji twór wymierzony przeciwko nam.
Kolejna rzecz... ludzie nie chcą słuchać o tym, co nas boli, oddalają się od dramatów i mają oczywiście prawo, ale paradoksem jest to, że właśnie wtedy my najbardziej potrzebujemy czyjejś obecności.
Kiedy jest nam dobrze... kiedy jest nam bardzo dobrze, to jest to tak samo niebezpieczne w mówieniu jak te dramaty, bo to rodzi zawiść.

Trudno mi pogodzić się z tym, że wszystko powinno być już na początku ograniczone z obu stron (dobrej i złej) dla równowagi i dopiero z czasem powinniśmy odkrywać co komu można powiedzieć, do jakiego stopnia wtajemniczenia w siebie go dopuścić.