czwartek, 22 października 2015

O motywacji. Z autopsji i nie tylko.

  Poziom motywacji uzależniony jest od tylu zmiennych, że nie powinniśmy opierać na niej żadnych poważniejszych przedsięwzięć. Na przykład takich jak zwleczenie dupska z wyra rankiem dnia następnego... i różnych mniej istotnych życiowych celów.

Gdyby to zależało od motywacji, w niektóre dni nie zwlekłabym się rano, a robię to. I robimy więcej rzeczy, będąc zupełnie niezmotywowanymi. Chodzimy do pracy/szkoły w okresach, gdy jesteśmy zmotywowani i gdy nie jesteśmy, wywiązujemy się ze zobowiązań itp. itd.
Tak naprawdę WIĘCEJ robimy i osiągamy, kiedy nasze działania są niezależne od motywacji, bo motywacja to taka wypadkowa stanu psychicznego, fizycznego, deszczu kurwa za oknem, tego, że ktoś powiedział coś, że coś sobie pomyśleliśmy, podjęliśmy decyzję etc. Łatwo zauważyć, że pozytywne bodźce motywację wzmacniają, negatywne odbierają. Jak chorągiewka na wietrze. Wysoka amplituda. Zbyt wysoka.
I fajnie, jeśli są ludzie stale zmotywowani lub tacy, którzy potrafią swoją motywację utrzymywać na umiarkowanym poziomie, ale ja, jako osoba w znacznym stopniu emocjonalnie zintegrowana z najbliższym otoczeniem, nie należę do nich. Kiedy jestem smutna, zła, chora, kiedy coś nie wyszło i ktoś coś burczy, moja motywacja ulega rozkładowi wydzielając miazmaty porażki, rozczarowania, a powietrze nimi przesiąknięte nie pozwala wziąć głębokiego oddechu.
Dlatego jeśli coś ma być zrobione, lepsza okazuje się wewnętrzna dyscyplina, poczucie obowiązku, a jeszcze lepszą metodą jest wyrobienie sobie stopniowo pewnych nawyków.

Do czego zmierzam? Motywacja jest potrzebna, jest dobra, z nią jest łatwiej i przyjemniej, ale nie uzależniajmy od niej podejmowania działań, na których najbardziej nam zależy i które podjąć powinniśmy dla podniesienia poziomu naszego życia, bo możemy tak zaczynać i przestawać, robić coś i rzucać to.
Nasz mózg jest bardzo ekonomiczny, skłonny robić wszystko najmniejszym kosztem, dlatego większą moc mają schematy, niż działania mające je zmienić, które wymagają większego wysiłku. Uczymy się i zmieniamy przez powtarzanie czegoś i przez powtarzające się w naszym życiu elementy (warunki, zachowania, czynności, sytuacje).
Tak więc warto robić coś małego, kiedy nie mamy motywacji do czegoś dużego i warto to powtarzać, bo koniec końców okaże się, że dajemy sobie radę nawet bez niej.

Btw. kocham deszcz.

wtorek, 5 maja 2015

"Ludzie jak bogowie" - Siergiej Sniegow

  „Ludzie jak bogowie” Siergieja Sniegowa to trzytomowa powieść sci-fi, wydana w latach 1966-1977. Epopeja, która mnie wciągnęła w międzygwiezdny wir wyobraźni.


Siergiej Aleksandrowicz Sniegow (1910-1994) – rosyjski fizyk, filozof, pisarz. Zakazano mu filozofowania, więc podjął pracę jako inżynier w zakładach przemysłowych. Aresztowany w związku z oskarżeniem o spisek wymierzony we władze ZSRR, po 9 miesiącach w Łubiance (więzienie śledcze w siedzibie NKWD) spędził 10 lat w łagrach. Nie mógł kontynuować kariery naukowej, zaczął więc pisać, zyskując… zakaz publikacji. Ostatecznie podjął próbę dotarcia do odbiorców za pośrednictwem fantastyki i stworzył w tej odmianie gatunkowej kilkadziesiąt opowiadań oraz powieści. W fantastykę mogli go cmoknąć.


Wiem, że dzisiaj, kiedy postęp jest tak ogromny i gwałtowny, informatyka, mechanika, mechatronika i ogólnie wszelkie dziedziny nauk społecznych, technicznych, przyrodniczych na wielokrotnie bardziej zaawansowanym poziomie niż w latach 70. XX wieku, można tworzyć w literaturze takie teorie, przypuszczenia, urządzenia, technologie, procesy, zjawiska, które przewyższają literackie fantazmaty ubiegłego stulecia, jednakże mając na uwadze czas powstania powieści, nie można nie docenić wyzwania postawionego przyszłości, jakiego dokonał Sniegow swoimi podróżami w czasie i przestrzeni. I nie jest to jedyny dostrzegalny walor jego twórczości. Trylogia wciąga i zasysa, potrafi też szarpnąć strunę emocji.
Wcześniej książek z półki science fiction nie czytywałam. Przymusowy w podstawówce Pirx i polecony przez znajomego „Pomnik” Biggla, "Fiolet" Magdy Kozak - to wszystko. Zainteresowanie nimi zaczęło się dopiero budzić. Jeśli chodzi o literaturę tego typu, jestem na etapie Łajki - wystrzelona w przestrzeń obcej mi fantastyki naukowej.

   Cała trylogia jest zapisem trzech podróży kosmicznych, opowiedzianych przez jednego z najważniejszych członków załogi - Elego. Sniegow stworzył cały szereg równoważnych postaci, do których należą między innymi Romero, Wiera, Allan, Lusin, André, Olga i Leopold, Kamagin, Osima, Orlan czy Trub, a to tylko część z nich i przyznam szczerze, że jestem pełna zachwytu nad tym, w jaki sposób, mimo tak dużej liczby bohaterów, każdemu z nich nadał wyjątkowy charakter i znaczenie, które nie pozwala usytuować ich na pobocznych pozycjach i rodzi przywiązanie. Wielu z nich zginie...

  Ludzkość zapomniała już, czym jest wojna. Udało się wypracować system społeczny, w którym współdziałanie dla dobra człowieka wyklucza powstawanie konfliktów rozwiązywanych siłą i umożliwia pełniejszy rozwój. Podporządkowano tej idei wszelkie osiągnięcia. Otoczenie zostało w znacznym stopniu zmechanizowane, aby zapewnić liczne wygody oraz bezpieczeństwo. Komputery wywoływane myślą pomagają podejmować decyzje, przewidywać konsekwencje, chronić zdrowie, znaleźć najlepsze rozwiązania. Przemieszczanie się z miejsca na miejsce i decydowanie o otaczających warunkach może być dyktowane zwykłym kaprysem.
Eksploracja kosmosu doprowadziła do odkrycia nowych form życia, mniej doskonałych od człowieka, ale otwartych na współpracę. Budowane są słońca i planety, kontrolowane warunki atmosferyczne. Pojazdy kosmiczne z napędem fotonowym to w tym świecie przeszłość. Tutaj wykorzystuje się efekt anihilacji (destrukcji masy) oraz proces do niej odwrotny (przeobrażenie przestrzeni w masę).

Na sztucznej planecie Orze organizowana jest konferencja, będąca podwaliną sojuszu międzygwiezdnego. Najważniejszym jej problemem staje się jednak odkrycie przesłanek o istnieniu nowych mieszkańców Wszechświata, będących realnym zagrożeniem dla innych. Nad wszystkimi zawisa widmo wojny…
Na granice znanych dotąd obszarów przestrzeni kosmicznej wyrusza ekspedycja badawcza.
Poszukiwanie istot podobnych człowiekowi, heroiczna walka z Niszczycielami, zagubiony w kosmosie ponad 500 lat wcześniej statek, technologie przewyższające to, co znane człowiekowi w dziedzinie komunikacji czy przekształcania przestrzeni – oto z czym się zmierzą bohaterowie w pierwszym tomie pod tytułem "Dalekie szlaki" (w niektórych wydaniach "Galaktyczny zwiad").


Tom drugi - "W Perseuszu" to relacja z kolejnej wyprawy, znacznie lepiej przygotowanej pod kątem technicznym i organizacyjnym: wyciągnięto wnioski, oszacowano ryzyko, udoskonalono łączność, a co więcej - zyskano pewność, że ludzka ingerencja jest koniecznością, bo w skupisku gwiezdnym Perseusza odnaleziono życie... życie zagrożone przez wrogą cywilizację. Dowództwo nad eskadrą gwiezdną obejmuje Eli. Najistotniejszym elementem tej wyprawy będzie poznanie dwóch nacji: Niszczycieli (w kolejnym tomie zwanych Demiurgami) oraz Galaktów. Zasadnicza różnica pomiędzy nimi jest taka, że pierwsi mechanizują organizmy żywe, drudzy ożywiają mechanizmy. Galaktowie stali się niewolnikami stworzonych przez siebie myślących maszyn i w obawie przed utratą pozornego bezpieczeństwa nie podejmowali walki z dominującymi nad nimi mechanicznymi Niszczycielami, a jedynie utrzymywali linię obrony.
Muszę zwrócić uwagę na wspaniałe przemówienie admirała Elego - zdecydowanie najlepszy moment historii - który uświadamia Galaktom, że to, co im najbardziej zagraża, to ich własny strach i nie bierność względem wroga, a tylko nieustanny rozwój i doskonalenie dają możliwość zapewnienia sobie bezpieczeństwa, ponieważ środki skutecznie pozwalające utrzymać się przy życiu dzisiaj, jutro mogą okazać się niewystarczające. Eli podkreśla, że "im większy nacisk, tym większa potęga ukrytej opozycji" co oznacza, że im większy mamy potencjał, tym bardziej przeciwnik chce nas ograniczyć, zniewolić. Przekuł tym samym poczucie bezsilności w świadomość siły.
Druga wyprawa przyniosła odpowiedzi... i kolejne pytania. Okazuje się bowiem, że gdzieś we Wszechświecie istnieje jeszcze większa potęga - Ramirowie.

"Pętla wstecznego czasu"
Dwadzieścia lat później wyrusza kolejna wyprawa, dowodzona przez Olega, syna André. Eli zostaje kierownikiem naukowym. Celem jest odnalezienie cywilizacji Ramirów. Tym razem odkrywają Ginące Światy, trafiają do jądra Galaktyki i usiłują wydostać się poza czas. Trudno mi nie dostrzec przekazu po przeczytaniu ostatniego z rozdziałów: tkwienie w przeszłości destabilizuje nasze życie, blokuje nas i choć przeszłość i przyszłość są ważne, nie możemy dopuścić do tego, aby nie pozwalały wykorzystać teraźniejszości. Wyciągnęłam z tej części bardzo osobiste wnioski.

  Kończąc recenzję i polecając trylogię "Ludzie jak bogowie", nawiążę jeszcze do samego tytułu. Nie wiem co chciał poprzez niego przekazać autor - czy nieograniczoność możliwości naszego rozwoju jako gatunku ludzkiego, czy cechy wynoszące ludzkość na poziom, który uprawnia i zobowiązuje nas do roli strażników porządku, koordynatorów współpracy pomiędzy wszystkimi istotami myślącymi, obrońców słabszych, bo oba te aspekty człowieczeństwa wielokrotnie podkreśla. Myślę jednak, że dobrym podsumowaniem mógłby być ten cytat, dotyczący natury człowieka:

„(…) możecie utrzymać się przy życiu jedynie w bardzo wąskim zakresie warunków. Niemoc w obliczu każdego z żywiołów skompensowaliście tak, że sami staliście się najpotężniejszą z sił natury.” Fiola z Wegi

wtorek, 7 kwietnia 2015

"Stuletnia Gospoda" - Katarzyna Majgier

  Sięgając po „Stuletnią Gospodę” Katarzyny Majgier oczekiwałam lekkiej, kobiecej powieści o prowincji, pachnącej majerankiem, cebulką podsmażaną w kuchni domostwa z belek. Coś dla wielbicieli „Pod słońcem Toskanii”, rozlewisk, historii rodzinnych i rustykalnych klimatów. Pierwsze rozdziały opowieści o trzypokoleniowej rodzinie, prowadzącej restaurację przy trasie Kraków - Zakopane, potwierdziły przypuszczenia: gotowanie, rodzina, miłość do sztuki i smaków, wewnętrzna potrzeba zmian. Czytało się przyjemnie, więc przerzucałam kolejne kartki.
„Powieść dla kucharek”, „(…) będziesz się delektować każdą stroną tej wyjątkowej książki”, ”Michał i Jagoda (…) on ma smykałkę do interesów, jej pasją jest malarstwo. Czy połączenie tych talentów wystarczy, by restauracja odniosła sukces? Czy związek przetrwa próbę czasu?” – to tak w skrócie, wyciągnięte z opisu wydawniczego. Brzmi… zwyczajnie.

Na co dzień wystarczają mi sprawozdania znajomych, ich dzielenie się ze mną bieżącymi sprawami, czasem obejrzę jakiś serial obyczajowy i czasem sięgnę po tego typu książkę. To dla mnie jak kotwica łącząca mnie z normalnym życiem, ale powiedzmy sobie szczerze – to mało intrygujące. Nie chciałabym użyć słowa nudne, bo to nie tak. Po prostu… pospolitość jest mało pociągająca, każdy ma swoją prozę życia. Lubię, kiedy ludzie dzielą się ze mną tym co robią, co się u nich dzieje, ale tym czego potrzebuję, są emocje, nie same informacje. W każdym przeciętnym życiu i w każdym „zwykłym” człowieku jest moim zdaniem coś znacznie więcej, tyle że często albo ukryte przed innymi albo uaktywniające się dopiero w konkretnej relacji. Uwielbiam poznawać to w ludziach.

I właśnie w ten sposób zaskoczyła mnie powieść „Stuletnia Gospoda”.
Znalazłam tam coś innego niż sugerował opis na okładce: wypalenie, znudzenie życiem, kierat codziennych obowiązków, przytłoczenie domowymi obowiązkami, korporacyjne odmóżdżenie, schematy, bezsilność, stłamszenie młodzieńczego entuzjazmu, proces stabilizowania, polegający na rezygnowaniu z siebie na rzecz włączenia się w tryby codzienności, w której każdy dzień jest taki, jak poprzedni. Jak trudno przerwać ten ciąg, kiedy człowiek zaniedba siebie, pogodzi się i wrośnie w otoczenie, które tłumi tak próby, jak i pragnienia wyzwolenia się z życiowej nudy? Emocje przygasają, rutyna nakreśla plan dni, przekracza się trzydziestkę lepiąc pierogi.

„(…) Jagoda z dzikiej wojowniczki (…) zmieniała się w pokorną służkę. Każde spotkanie było kolejną klatką na kliszy dokumentującej tę przemianę.
Wojowniczka opuściła broń, a potem ją odłożyła, zmyła z twarzy barwy wojenne (…)
Potem wyjęła sztylet i zaczęła nim obierać ziemniaki.”
Ambitna, pełna marzeń dziewczyna z pasją zamienia się w pomoc kuchenną, zobojętniałą, zrezygnowaną, przegraną. Brak doświadczenia zawodowego, niepraktyczne na rynku pracy wykształcenie i trudności z wypracowaniem niezależności. Jest jeszcze Michał – mężczyzna przedsiębiorczy i ogarnięty, który musi nauczyć się, że cechy te nie są zarezerwowane jedynie dla facetów, a nie zrozumiałby tego, gdyby ona nie podjęła walki o siebie.

  Książka jest o tym, jak bardzo nie doceniamy siebie samych i bliskich, jak pozwalamy codzienności, stereotypom i rodzinie narzucać sobie ograniczenia, o podziale na damskie i męskie zajęcia i tym, że praca w kuchni może być pasją i sposobem na siebie, równie twórczym co uprawianie sztuki, a także o tym, że artysta tworzy zawsze, bez względu na to, w jaki sposób zarabia na życie, kobieta to ktoś więcej niż gospodyni, a praktyczna strona życia nie musi odzierać go z emocji i dążenia do spełnienia. Musimy tylko pamiętać, że pomiędzy tymi wszystkimi codziennymi, monotonnymi obowiązkami i zarabianiem na chleb, jesteśmy MY z naszą potrzebą ”czegoś więcej”.


sobota, 21 marca 2015

Antyporadnik

Kilka...set słów na temat tego: "Jak osiągnąć szczyt niedoskonałości w pracy nad sobą?".
Tekst dla odkładających działanie na kiedyś, porzucających cel w trakcie realizacji, obawiających się analizy, usiłujących pokonać przeciwności nieskutecznymi metodami, dla szukających wymówek.

1. Nie uznawaj półefektów, ćwierćrezultatów i realizowania części dziesiętnych swojego planu. Wszystko albo nic! Metoda małych kroków jest dla chodziarzy, dla ludzi konsekwentnych, o dużym poziomie samozaparcia, wytrwałych, a Ty przecież wiesz, że po 2-3 krokach poczujesz zmęczenie (o ile po pierwszym wykonasz drugi). Ach, ten słomiany zapał...
Musisz więc osiągnąć cel szybciej, najlepiej jednym posunięciem. Pstryk i jeeeest! To jak skok z mostu w rwący nurt, wykonujesz pierwszy ruch, reszta robi się sama, maszyna została uruchomiona.
Zapomnij o tym, że buduje się z wielu elementów i przez jakiś czas, a niszczy jednym kopnięciem. Staraj się nie myśleć o przykładach, takich jak ten, że jedno słowo może zniszczyć relację, którą zbudowało wiele słów, wiele gestów, wiele sytuacji, wiele dni i weź nie myśl o tym, że na jedną dietę odchudzającą składa się wiele posiłków, a jedno ciastko może zaważyć o porzuceniu jej.
Nadal chcesz zrobić jeden duży krok zamiast wielu małych? Nadal myślisz, że wystarczy zacząć, a stopniowe osiąganie celu to nie jest metoda dla Ciebie?

2. Zacznij od jutra. Cokolwiek chcesz osiągnąć, zaplanuj sobie to od jutra, bo przecież DZIŚ już się zaczęło, a zaczęło się nie tak jak powinno, więc dzień jest spalony, tę datę trzeba pominąć, ale jutrzejsza jest obiecująca, nieskażona póki co niczym nieudanym, więc jutro można zaczynać. Aha... życie też Ci się spitoliło, więc może cały plan zacznij od kolejnego, wiesz... czysta karta.
Niektórzy mówią: "Dziś jest dzień, w którym możesz coś zmienić." - nie słuchaj ich. I nie próbuj oszukiwać, że skoro nie potrafisz zacząć od teraz, a musisz planować, to zrobisz to sposobem "START - godzina 18:00". Nie! Nie! Nie! Zacznij od jutra.


3. Na pewno uda Ci się zrobić coś, mimo że nie wiesz o tym niczego lub wiesz niewiele, albo wydaje Ci się, że wiesz już wszystko, choć nie wiesz jeszcze nawet połowy. Po co masz szukać źródeł problemów i zastanawiać się nad nimi? Przecież chcesz się z nimi wreszcie rozstać, mieć je za sobą, a nie je rozkminiać. Wiedzę teoretyczną i praktyczne działanie można rozdzielić: po co myślenie ma poprzedzać robienie, prawda? To tylko niepotrzebna strata czasu.
Jak ma się nie udać to i tak się nie uda, nieraz tak było, rozmyślanie niczego tu nie zmieni.


Możesz sobie naprawdę darować zastanawianie się nad tym, dlaczego masz problem, z czym dokładnie i co z tym zrobić. Jeśli nie wyjdzie, to może zbierzesz się w sobie i kiedyś spróbujesz ponownie. Tymi samymi metodami oczywiście, przecież to ten sam problem, a na jeden problem przypada jedno rozwiązanie, a co za tym idzie - jedna droga do jego osiągnięcia i tu nie ma nad czym myśleć. Nieważne dlaczego się nie udało, istotne dla Ciebie jest przecież tylko to, że znowu dupa. I tak każdy Ci powie, że "za dużo myślisz, za mało robisz" - niech to rozgrzeszy Cię z Twojej ignorancji.

4. W pokoju jest za mało miejsca - nie możesz ryzykować, że podczas gimnastyki stłuczesz łeb i coś Ci się nastawi. Nie ćwiczysz.
Nie masz odpowiednich kwalifikacji - nie uczysz się języka, bo słownik leży w bardzo nieokreślonym "gdzieś"; nie zapiszesz się na kurs, przecież to kosztuje; nie ogarniesz podręcznika, bo do biblioteki/znajomego nie po drodze; nie ściągniesz programu, żeby się z nim zapoznać, bo te lepsze są bezpłatne tylko przez 30 dni. Nie podnosisz poziomu swojej wiedzy i umiejętności.
Nie powiesz nikomu, co zamierzasz - nie wolno zapeszać, a publiczne zobowiązania ograniczają możliwość korzystania z wymówek. Poza tym, jeśli Ci nie wyjdzie, to wszyscy zobaczą Twoją porażkę, a to będzie straszne! Taki wstyd...


Nie mów im, że jesteś na diecie, bo Ci dobrzy przestaną przynosić Ci łakocie, a Ci źli zrobią wszystko, żeby Cię złamać, podsuwając pod nos chipsy: "Z czego ty się chcesz odchudzać?! (Nie próbuj być szczuplejsza ode mnie, bo włożę ci zaraz do ust całą paczkę)". Nie możesz nikomu powiedzieć, że jesteś zajęta/zajęty w co drugi wieczór (nauką, treningiem, realizowaniem swojego hobby), bo przestaną Cię zaskakiwać niezapowiedzianymi wizytami i na kogo wtedy zwalisz winę za to, że nie zostało zrobione to, co powinno być zrobione? Wymówka "fejs się sam nie przejrzy" niewystarczająco zapobiega poczuciu winy.
Oczywiście nie masz czasu i nie ma to nic wspólnego z brakiem organizacji, a jeśli rzeczywiście przytłacza cię natłok obowiązków domowych lub zawodowych, to na pewno nie cieszy Cię 15 minut jogi dziennie ani wysłuchanie audiobooka, radiowa audycja, program edukacyjny, jeden rozdział książki czytany przez 5 dni, trening raz w tygodniu itd., bo według Ciebie działa tylko to, czego jest tak dużo, że aż za dużo.
Nie robisz nic.
Jedne ograniczenia są do pokonania, inne nie, ale to nadal to samo słowo, zgadza się? Przerażające, mające moc sprawczą słowo.
Zawsze inni mają więcej czasu, pieniędzy, możliwości, żeby zrobić to, co powinieneś zrobić TY.
W ogóle nie staraj się myśleć o tym, że "jedyną miarą sukcesu jest wysiłek, jaki włożyliśmy, aby go osiągnąć" i jeśli dla Ciebie coś jest trudniejsze niż dla innych ze względu na okoliczności, to tym większy jest Twój osobisty sukces.
I w ogóle kto wymyślił to hasło?

Ten, kto nie chce, znajdzie powód.
Ten, kto chce, znajdzie sposób.

wtorek, 10 marca 2015

Teoria niczego

Stephen Hawking – wybitny astrofizyk i kosmolog ur. w 1942 roku w Oksfordzie, prof. matematyki i fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Cambridge, genialny umysł kształcący się na obu znanych uczelniach, twórca teorii o promieniowaniu emitowanym przez czarne dziury. Główne jego osiągnięcia naukowe wiążą się z czasoprzestrzenią oraz grawitacją kwantową.
Wszyscy wiemy, że zadaniem naukowca jest przekraczać granice dotychczasowego poznania i możliwości, a on przekroczył je w stopniu, który nazwać moglibyśmy... cudem.
Zmaga się z nieuleczalną na dzień dzisiejszy chorobą – stwardnieniem zanikowym bocznym. ALS trwale uszkadza neurony w mózgu i rdzeniu kręgowym, które kontrolują pracę mięśni odpowiedzialnych za ruch, przełykanie, oddychanie, nie wpływa jednak na zdolności umysłowe. Choroba, w wyniku paraliżu mięśni oddechowych, zwykle prowadzi do śmierci w ciągu 3-5 lat. Hawking choruje od ponad pięćdziesięciu!
Jest do tego stopnia unieruchomiony, że porozumiewa się przy pomocy syntezatora mowy, który w chwili obecnej obsługuje zatrzymując delikatnym ruchem policzka kursor na wybranym słowie lub literze, spośród pojawiających się na monitorze. Mimo tempa osiągającego od jednego do kilkunastu słów na minutę, potrafi pisać książki.
Tak, możemy już zacząć się wstydzić za te wszystkie wymówki i wysłać w kosmos listę swoich ograniczeń. Hawking ma niesamowite poczucie humoru i lubi trufle czekoladowe. Kazałby tę listę anihilować.


30 stycznia 2015 roku miała miejsce polska premiera filmu biograficznego (świat zobaczył ją 4 miesiące wcześniej, ech... ), kolejnego filmu o życiu Hawkinga - „Teoria wszystkiego". Fabuła skupia się wokół jego pierwszego małżeństwa i wyzwala bardzo dużo emocji. Kiedy jednak myślę o jego życiu i pracy, wstrząsa mną analogia pomiędzy prawami fizyki, a zasadami rządzącymi naszym życiem.

Czarna dziura to obszar czasoprzestrzeni o tak silnym polu grawitacyjnym, że pochłania wszystko, łącznie ze światłem, stąd jej nazwa. Gwiazda generuje promieniowanie elektromagnetyczne, a kiedy jej paliwo jądrowe zostaje wyczerpane, siły grawitacji zaczynają mieć przewagę nad innymi, gwiazda się zapada i jeśli ma wystarczająco dużą masę (im większa masa, tym większa grawitacja), powstaje czarna dziura.

Kiedy skończą się w nas pokłady nadziei i wyczerpie optymizm, zapadamy się w sobie, a jeśli przytłacza nas masa smutku i problemów, powstaje… czarna dupa. Może być też czarna rozpacz, jak kto woli. I tak jak w czarnej dziurze cząsteczki światła nie są w stanie się wydostać, tak w czarnej przestrzeni naszego umysłu zanikają cząsteczki radości. Zasysamy energię z otoczenia, która zamiast być wykorzystana, ginie w depresyjnej otchłani. Nasze oddziaływanie grawitacyjne przyciąga coraz więcej chujowych zdarzeń i myśli. 
Jest to teoria niczego, mówiąca wprost, że jeśli nie przeciwstawimy się temu procesowi, nie będziemy działać, nie zaczniemy czegoś robić - nic się w naszym życiu nie zmieni.

W latach 70. Hawking wysunął hipotezę, że tzw. czarne dziury promieniują i tracą masę, a jeśli nie kompensują jej tym, co wchłoną - wyparowują. Możliwe jest, że jednak uwalniają pewne informacje, które w nich bez wieści przepadły, tyle że mocno zniekształcone. Wielkie mózgi nieustannie nad tym pracują.
Wydaje się, że Hawking swoim życiem już udowodnił, że czarna du... "dziura" jest tworem, z którego można się wydostać, o ile działają w człowieku siły pozwalające zachować jako taką równowagę. Grawitacja niech pozwala nam mocno stąpać po ziemi, ale człowiek musi mieć coś, co elektryzuje, wolę życia będącą tym magnetyzmem, który każe nam podnieść się i wydostać z dołka. Kiedy widzę jego uśmiech, nabieram przekonania, że czarna dziura wyparowałaby, zanim zdążyłby znaleźć się w polu jej oddziaływania.
Wsssssuuup!

środa, 25 lutego 2015

Potęga zniesmaczenia

A cóż to takiego? Nie, nie zjadłam całej miseczki smalcu. To jest galaretka o smaku pinacolady. Musiałam to zabrać z kuchni, żeby rano tato nie pomylił z przetopionym sadłem z prześladującej mnie świni.


Świnie są wszędzie. La Maciorry osaczają mnie i co rano sprawdzam, czy z moich ust wydobywa się jeszcze coś bardzo odległego od kwiknięcia, bo kiedy patrzę na nos i dupę, to nie mam żadnych wątpliwości (nie patrz teraz na moje profilowe, mam na nim lekko pochyloną twarz lub aparat ulokowany jest nieco ponad poziomem nosa, tak jak na większości zdjęć). Wracając do prosiaków...
Taka na przykład świnka skarbonka spogląda na mnie żałośnie z półki, bo puste korytko ma:
- Daj złotówkę! (Czy widzisz jej smutne oczy?)


Albo kiedyś... przynoszę kawę do pokoju, siadam przed komputerem, Paweł pisze: 
- Nie pij tego świństwa.
Zerkam na kubek i autentycznie w tym momencie widzę... no sami zobaczcie co widzę:


El Knurro gapi się na mnie nawet z kawy.
Jedząc galaretkę miałam w ustach smak łoju, do tego stopnia sugestywny był jej wygląd. Teraz jest mi niedobrze... ble, smalec, zniesmaczenie. To nie jest kulinarny blog, a ja gotować nie umiem, kombinowałam jedynie z kuchnią wegetariańską (kotlety zrobię Ci ze wszystkiego, a zupę z niczego, ale to tyle), mimo wszystko odradzam ową galaretę, jeśli ujrzysz ją w sklepie i zapragniesz, i pochwalę się, że raz jeden jedyny coś mi z wyszło z wieprzowiny:


Tylko że tak jakby... mięso zrobiła mama, ja je tylko odgrzewałam dnia następnego, dodając szpinak, rodzynki, por, pomidory :D Cwanie ;)
Pozdrawiam najedzonych!